No właśnie!
Ten ostatni tydzień minął mi tak, że nic nie ogarnęłam na uczelnię (nadal wierzę w to, że się uda mi się zrobić wszystko w 3dni), nie napisałam ani linijki (ale zaczęłam już coś tworzyć, więc robię postępy!) i mimo, że śpię ostatnio po 4/5godzin to jeszcze jestem żywa.
W sumie wczoraj miałam napisać iście poetycki post na pewien temat, ale z racji różnych czynników, nie miałam siły na nic (poza ofkors tapetowaniem paznokci i odpaleniem Dirty Dancing).
Mam w swoim zwyczaju podsumowywać ten rok. Z tymże, z racji zmiany formy bloga, podsumowanie też będzie inne. Po prostu pod nazwą każdego miesiąca jest ukryta nuta, która mi się kojarzy z jakimś ważniejszym wydarzeniem, sytuacją, osobą (tak jak w przypadku czerwca <3 ). Nie podsumowuje całości, ale jest skojarzeniem dla mnie i dla osób związanym z takim a nie innymi motywami przewodnimi.
styczeń- za wiele to ja nie pamiętam z tego stycznia, bo po pierwsze zmieniłam kalendarz po 3miesiącach (ten pierwszy był niezbyt funkcjonalny jak na moje pismo i ilość notatek itp) a po drugie pamiętam jedynie, że wtedy był chyba najgorszy okres w XIV, kminienia nad tym, czy dobrze, że zdaję takie a nie inne przedmioty na maturze itp.
luty- każdy gadał, że studniówka jest ważna itp itd, jak dobrze pamiętam, wraz z Dominiką uznałyśmy, że chcemy ją po prostu przeżyć i mieć później w nosie, dlatego też, wyłamałam się ze schematu ubioru i wiem, że wtedy wyszło to na plus. poza tym jazda z włosami i ścięcie na krótkiego boba (kolejny studniówkowy bunt) i o ile wiem, to była jedna z najlepszych decyzji w tym roku :)
marzec- 'co chcę' znalazłam niedawno dość, ale idealnie obrazuje moje podejście do matury i XIV; ilość godzin biologii, które wraz z Dominiką spędziłyśmy na, jakby to ładnie ująć, obijaniu się, niszczeniem sobie mózgów (tu pada standardowe pytanie- czego?), tworzeniem wielu bajeczek i innych takich, oraz wyklejania sobie kalendarzy. rzucanie cytatami i odnajdywanie tych świstków sprawia mi nie lada uciechę,
i oczywiście 13 marca przeżyłyśmy najbardziej epicką biologię w życiu. Przynajmniej tak mam wpisane do kalendarza :D
kwiecień- bibliografia, pisanie prezentacji od początku, 18stka Karoliny, ślub kuzyna marynarza, impreza Dominiki, ta ostatnia biologia. To tak w skrócie. Poza tym moje bankructwo z racji powyższych imprez. Mimo tego, że był intensywny to był epicki, ostatnie godziny w XIV i ogólnie taki dreszcz podniecenia i ogromnego stresu pamiętam. I też to, że spędzałam sporo czasu z Hawaii.
maj- tak, matury to tam pikuś, ważne, że zaliczyłam swój I koncert życia (dobra, może niektórzy mnie wyśmieją, ale jednak!) czyli Sabaton, ostatnie naście zaczęło mi się odliczać i wróciłam do pracy, gdzie zostałam przywitana tak, że uświadomiłam sobie, że na serio, stęskniłam się za paroma ludźmi.
czerwiec- proszę się nie śmiać, jest to zdecydowanie jeden z hiciorów naszego epickiego weekendu z Malffu, gurby daj pan 5 itp. Maraton Harrego Pottera skończył się właśnie w ten sposób i tyle :) Od tamtej pory nigdy więcej nie tknęłam bosmana, za to, coraz bardziej rozkochałam się w somersbie i śliwkowych winach. Wyniki matur owszem były, mimo ogromnego wkurzenia na samą siebie (awww) to to, że zdałam z polskiego uspokoiło mnie na tyle, że wiedziałam, iż rekrutacją na ZUT się przejmować już nie muszę.
lipiec- kto pierwszy mówi kocham przegrywa! (kurde, za późno...) . W każdym razie takie rekolekcje dobre i IDM! Wisienka na Magisowym torcie, życzę wyjazdu na IV stopień każdemu Magisowiczowi ;) Poza tym oczywiście okazało się, że dostanie się na nanotechnologię nie było aż takim wyczynem, ale tak czy siak, wyniki mnie usatysfakcjonowały.
sierpień- jeden z kawałków zespołu promowanego na IDM, chyba najbardziej podszedł mi do gustu z ich całej płyty. Miesiąc spędzony na bulwarach z Gabrysią i gapieniu się w chmury. I oczywiście w pracy. Ale te chmury i tak były kapitalne :)
Magis - wiem, że po sierpniu jest wrzesień, ale tu chodzi mi o coś zupełnie innego. Magis, bo po pierwsze we wrześniu formacja Magisowa się nam zakończyła. Po drugie- każde spotkanie przez ten czas Czwórki było naprawdę dobre, wiem, że włożyłyśmy dużo, dużo serca i pracy w to, aby wypracować w Grupie harmonię i ład. I mimo, tego, że ciągle o tym mówię- jestem z NAS naprawdę dumna. Bo się nam udało stworzyć coś naprawdę fantastycznego, na dobrą sprawę z niczego. I wierzę, że nie zostaniemy hipokrytkami :)
wrzesień- małe uzależnienie od Spotify, rozkochanie się w Końcu Świata i innych takich, poza tym pożegnanie się oficjalne z Magisem (ożesz, ale z nas Dinozaury się zrobiły!), wyjazd do Wrocławia i kolejna pełna radości wizyta u endokrynologa. I rozpoczęcie pewnej przygody.
październik- tu to się dopiero działo, czas studencki zacząć, pomijając dziwne przygody (specyficznego starostę mieć...) to studia zaczęły się dość przyjemnie.
listopad- matma mną się "zajęła", doigrałam się zapalenia barku (TAAAAK!), przebrnęłam przez I kolokwium (oczywiście niezaliczone :) ) i byłam na koncercie Luxtorpedy. I motałam się bardzo, zgubiłam też.
grudzień- przeminęło z wiatrem i pracą, ambitna Wigilia Magisowa, rzucenie pewnych rzeczy w cholerę i jeszcze mocniej i oczywiście dużo pracy. Nawet nie wiem kiedy mi ten grudzień minął. Minął mi na pewno w oparach zmęczenia i bezsenności, ale tak to nie potrafię za dużo powiedzieć nawet na ten temat.
Się rozpisałam.
Ten rok nauczył mnie mocy prawdziwej, płynącej prosto z serca i duszy Przyjaźni. Jesteście wszystkie wielkie i wierzę, że to co się działo i jak się działo w tym roku, naprawdę nas umocni, a nasze dziwne zdjęcia wiszące u mnie na tablicy korkowej, nie będą musiały być zdjęte, dopóki się nie wyprowadzę :)
To jest jedno z najważniejszych. Resztę zostawię dla siebie.
Poza takim, że jak tyłek odmarza na spacerze (ewentualnie w wersji letniej się gotuje) to się o wiele lepiej myśli.
Ale muszę przyznać rację Karolinie. Kurde, tym razem masz rację- w każdym dniu spotyka nas nawet najmniejsze dobro. Wczorajsza wieść o koncercie Indios Bravos w walentynki udowodniła mi, że nawet najbardziej kijowy i beznadziejny dzień, może czasem obrócić się o 180 stopni.
Dzisiejsze upokorzenia mam nadzieję, że przypadną jeszcze na 2013 rok a nie na ten zaczynający się od jutra ;) A nawet jeśli to trudno, raz się żyje :)
Nowy rok zaczynam z limem pod okiem, zakatorzona, zasinglowana, w pracy (no tak, za pół godziny muszę się wyturlać z domu) i ze znowu blond włosami (uhuhuhuhu) i w doborowym gronie w postaci Karoliny i Gabrysi. To, że formacja Magisowa dobiegła końca, nie oznacza, że wszystko inne się skończyło. To wszystko inne się dopiero rozpoczyna :)
A na ten rok życzę sobie wiary w to "że się nie zmienię nagle w kogoś, kim nigdy nie chciałabym być'. I tego też Wam życzę.
Bless :)
Chyba tez muszę sobie zrobić małe podsumowanie :)
OdpowiedzUsuńbo pozytywne momenty w każdym dniu się znajdą ;)
OdpowiedzUsuń