"[...] ale słowo "wiara" to chyba to, co Cię uratowało [...]".
Cytuję. Fragment dzisiejszego smsa od Karoliny. Chciałam się tylko pochwalić tym, że zaliczyłam w końcu pochodne (do trzech razy sztuka?). Mam nadzieję, że się na mnie nie obrazisz za dosłowny cytat.
Racja. Wiara ratuje. Wiara zawsze stawia na nogi gdy tego nam potrzeba. Gdy przeszłam przez drogę kilku lat formacji Magisowej, w momencie jej końca (Golcowa) uświadomiłam sobie ile tak naprawdę dał mi Magis. Zapisałam ładne parę stron z wnioskami, sugestiami na przyszłość itp. I zdaję sobie sprawę, ze parę rzeczy utkwiło mi najmocniej w głowie.
Przede wszystkim to, że Wiara człowieka w pewnym momencie staje się takim stabilnym punktem w życiu. Okej, nie wiem co się jeszcze może zdarzyć, ale widzę po sobie i widzę po bliskich mi ludziach, że jeżeli się jest na pewnym etapie, autentycznie, da się radę, niemalże WSZYSTKO wytłumaczyć przez pryzmat Boga, przez pryzmat Wiary.
Jest też coś takiego, tzn tak mi się wydaje, że w życiu każdego może (nie musi) nadejść taki punkt, po którym Wiara jest w pewien sposób "pewna". Są gorsze dni/tygodnie/miesiące/itp, ale wiem, że Bóg jest przy mnie i, że niezależnie od wszystkiego będzie. Okej, jest gorzej, jest cholernie ciężko, jest wręcz ch.. (nie, nie wypada studentowi nanotechnologii przeklinać!) , ale wiem, że będzie lepiej. Mimo tego, że teraz tak nie jest. Mimo, że mam ochotę sobie strzelić w kolano/głowę, że z nerwów trzęsą mi się łapy a łzy same się cisną do oczu, to wiem, że będzie lepiej.
Kwestia tego, jakich wyborów dokonujemy. Czy Magis i Wiara zostały za nami, w momencie hucznego pożegnania się, czy wręcz owocują dalej.
Wybór. Czy dam się poprowadzić, czy Zaufam, czy może jednak wolę stać z boku. Nie zaprzeczę, mam kawałek doświadczenia w sprawach wiary i wiem na pewno, że o wiele łatwiej się funkcjonuje, kiedy uświadomi się sobie, że jeżeli zrobi się trochę miejsca dla Boga, w naszym zapchanym i mega poukładanym (nie zawsze) życiu, to to całe nasze życie staje się o wiele łatwiejsze.
"Gdzie On jest gdy Go potrzebuję? Nie widzę Go, na jakiej podstawie mam w Niego wierzyć? Gdzie był wtedy, gdy Go potrzebowałam/em?". Dużo takich pytań się było, jest i będzie w wielu rozmowach. Moja odpowiedź brzmi- docierał do Ciebie w sposób, przez który dociera do Ciebie cokolwiek. Czy to płyta, czy to książka, czy to po prostu ludzie (bo to przez ludzi do nas przychodzi i to najczęściej i najmocniej- kolejny wniosek wyciągnięty z Magisu). W przeciągu tych dwóch kijowych tygodni ani razu nie pomyślałam "Gdzie jesteś?". Tylko raczej "ratuj!".
I wyratował. Za pomocą wspaniałych Dziewczyn z naciskiem na Karolinę i Malffu. Jedna mądra a druga ryjąca mi psychikę tak, że chomik atakował mnie wielokrotnie. Dziękuję Wam raz jeszcze :)
Z tym, że co z tego, że przez ten czas nieustannie truły mi dupę. Nie, dopiero jak chciałam się wsłuchać w to co piszą, mówią i mi spamią, zwróciłam uwagę na to, ze mają rację.
Bóg przychodzi do nas przez innych ludzi. Czasem mega bliskich, czasem przez kapłana odprawiającego Eucharystię w niedzielę, a czasem przez endokrynologa łamiącego nad nami ręce.
Sęk w tym, że my nie zawsze chcemy się na to otworzyć. Dopiero wczorajsza pobudka uświadomiła mi, że zabrakło mi Wiary. Chyba przede wszystkim w siebie. Że jednak dam radę, że sobie poradzę.
Dopóki jednak nie będziemy chcieli, nie będziemy w stanie Go ujrzeć. Ujrzeć w naszej codzienności, w drobnych szczegółach tworzących całe nasze życie.
pytać wciąż będziemy, pytać po kryjomu
głębokie... ale też mega prawdziwe ;)
OdpowiedzUsuńDupe Ci truję ! ojj teraz będziesz miała przerąbane do końca życia ! haha
OdpowiedzUsuńSpoko spoko ja się nie obrażam ;)
No ja się na temat wiary wypowiadać nie będę, ale ciesze się, że u Ciebie już lepiej :)
OdpowiedzUsuńWieje optymizmem :)