sobota, 17 maja 2014

lubię

Siedzimy u mnie w pokoju. Będący pierwszy raz u mnie T. rozgląda się po pokoju w zachwycie (takich powierzchni w akademiku się nie uświadczy), N. czuje się jak u siebie i rozwala się na moim łóżku otwierając czeskie piwo. Po opróżnieniu po 1/3 z każdej z 3 butelek zaczynamy dyskusję na temat starożytnych cywilizacji. Mieliśmy wyjść o 18:30, a po spojrzeniu na zegarek ogarniamy, że jest 20.00

Wraz z G. czekamy na K.  Egoizm kazał mi jej nie pozwolić wyjść, ale jedna z jej najbliższych przyjaciółek siedząca we mnie (taką mam nadzieję) kazała jej wyjść i nie wracać dopóki się nie nacieszy spacerem. Wraca cała w skowronkach. Po zjedzeniu unikatowych 3 babeczek przygotowanych na tę okazję otwieram Igristoje. Pijemy za naszą Przyjaźń, za to wszystko co nas łączy. Wyganiam Lejdisy o 5:30 gdy już zbieram oczy z podłogi i nie mam mocy zrobić czegokolwiek.

16,5h jazdy pociągiem. Leżymy powyginane w dziwne figury, każda na każdej, na naszych ciałach 3 koce i śpiwór. Nie wiemy jak ten czas zmieni nas. I co będzie 3 lata później, gdy będziemy odchodzić ze Wspólnoty

D. leży u mnie w pokoju owinięta różowym kocem. Po przegadaniu paru godzin włączamy Skazanych na Shawshank. Po pół godzinie wyłączamy, gadamy dalej. Nie wiem, o której zasypiamy, nie ma to znaczenia. Najważniejsze jest to, że rano znowu udajemy, że nie musimy iść na zajęcia i, że możemy spać dalej. Bo czasem nie trzeba słów, aby wyrazić tak wiele.

Półleżymy na kanapie. Między nami najnowsze chipsy z biedronki oraz czekolada. Parę godzin później oglądamy Atlantydę i zastanawiamy się  z M. nad upadkiem cywilizacji. Kilkanaście godzin później siedzimy w kuchni i robimy kolejną porcję jedzenia. Odruchowo chcemy wysyłać sobie zdjęcia tego, co właśnie zrobiłyśmy mówiąc o dumie, która nas z tego tytułu rozpiera.

Na pobranie krwi trzeba iść przecież z ochroną. Bo może akurat tym razem zemdleję i nie będzie miał mnie kto zanieść do domu. Po wycieczce do szpitala idziemy zahaczamy o piekarnię i idziemy do Columbusa na burżujskie śniadanie. Potem stoimy z H. przez pół godziny na rogu i nie umiemy iść w swoją stronę.

Jesteśmy w CNBN. K. siedzi na burżujskiej kanapie w barwach zutu a ja na podłodze lśniącej czystością. Uczymy się na jej zaliczenie. Pół godziny później wybiega z gabinetu profesor z piskiem, że się udało. Rozpiera mnie duma. Z niej.

To nasz pierwszy wspólny koncert. I wiem, że nie ostatni. Wygrałam los na loterii i cudowną koncertową Kompankę. Znajduję się nagle pod sceną na granicy tego niezwykle ostrego pogo i 2 rzędów ludzi przed barierkami. Takiego pogo nie było nawet na Sabatonie rok temu. W jednej chwili obrywam z łokcia w twarz w drugiej znajduję się tuż przed barierkami. To kolega, z którym wznosiłyśmy toast wepchnął mnie tam, żeby nic mi się nie stało.

Niebo pełne gwiazd kojarzy mi się z Mazurami. Lepszymi i gorszymi wspomnieniami, ale mimo wszystko wspomnieniami. Częścią mojej historii.

Gadam z Bratem. Mimo, że rzadko i, że z reguły jak ja jestem wstawiona a On nietrzeźwy. Ale nie zamieniłabym tych rozmów i wspomnień jak łapał mnie za kostki, na żadne inne. Żadne.

Siedzimy z Mamą na balkonie. Mama odpalając szluga mówi mi, że mam sama nie palić i nie ładować się w to gówno. A ja po raz kolejny wiem, że jeżeli się jej nie posłucham, to będę żałować do końca życia.




Zapominamy o tych wspomnieniach. O tych dobrych i złych. Ja lubię te wspomnienia powyżej. Są dla mnie ważne. Tworzą moją historię, tworzą autentyczną mnie. 
Czasem mam ochotę zmienić swoją skórę. 
Czasem mam tak siebie dość, że nikt nie zdaje sobie z tego faktu sprawy.
Ale potem któraś z tych osób przypomina mi, że taką mnie kocha i, że mało jest takich ludzi jak ja. I, że gdy wątpię to z reguły zawsze powracam do tego dobra, które siedzi. We mnie, dookoła mnie i w tych detalach, które tworzą naszą rzeczywistość.
Powrót czasem nie jest łatwy. Wyzwolenie się z wielu rzeczy tylko wydaje się takie łatwe. 
Ale uśmiech na twarzy, który potem się pojawia pokazuje, że warto.

2 komentarze:

  1. Nie istotne było to, że ludzie spoglądają na nich z politowaniem. Nie, nie zauważała ich wzroku. Noc była piękna, a wszystko jak po alkoholu - proste i zrozumiałe. Liczył się wyłącznie ten pokraczny pląs, którego nikt nie mógłby określić mianem "tańca". Poczuła, jak ktoś ujmuje jej dłoń. I oddała się temu uczuciu zupełnie, a przez głowę dziewczyny nawet nie przebiegł obraz jutra. Jutro? A co to takiego?

    BEST. NOTKA. EVER xD! Poproszę częściej w formie opowiadania, czułam się, jakbym czytała o sobie książkę. Nawet bez tych zbędnych skrótów, myślę, że nikt się nie obrazi, gdy nie pozostanie anonimowy :D.
    Nuś.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ha, ja rozszyfrowałam dwa i jestem z siebie, och, dumna :)
    Naprawdę świetne! Takie urywane, ale bardzo prawdziwe. Aż się własne urywki życia przypominają :D

    OdpowiedzUsuń