Wypluwam płuca.
Mój nos i zatoki praktycznie podduszają mnie ilością zawartych tam dziwnych substancji (nie wiem co tam jest i wolę nie wiedzieć).
I nie wspomnę o bólu gardła.
I zamiast leżeć grzecznie w łóżku, siedzę owinięta kocem kubkiem truskawkowej herbaty i modlę się się, aby zaliczyć jutro tę cholerną poprawkę z podstaw chemii.
I nawet nie wie nikt, jak męczy mnie czytanie tych samych definicji i praw, których uczyłam się do matury. I jeszcze bardziej męczy mnie to, że mogę tego nie zaliczyć, bo wstawię przecinek nie tam, gdzie szanowna p. Doktor. No i to, że przecież każdy prawdziwy chemik ma układ okresowy wraz z liczbami masowymi i atomowymi w małym palcu ;)
A tak na poważnie to ostatnio miałam tutaj posuchę. Jakoś potąd myśli i postów do napisania, ale żaden nie skończony. Mimo, że wiele z nich obejmuje dość ciekawe moim zdaniem tematy.
A tymczasem jeden przekaz na ten tydzień i na najbliższe 2miesiące- na serio szkoda się poddawać.
Niezależnie od tego, czy walczę o kolejny dzień bez fajków (szkoda mojej mi mojej biednej tarczycy, która w końcu się stabilizuje), bez zadręczania samej siebie i aby w końcu coś zrobić. Coś konstruktywnego. Chociażby nauczyć się na jutro na egzamin.
Zwłaszcza gdy jest się tak blisko celu. Tak blisko, że się prawie go dotyka.
klik!
A i zmiana adresu nie jest przypadkowa ;)
:)
OdpowiedzUsuń