środa, 31 grudnia 2014

nigdy nie mów nigdy, nie bądź taki dziwny!

Wiecie co chcę powiedzieć w ramach podsumowania?

nigdy nie mów nigdy, nie bądź taki dziwny!

Ten rok mógł być bardziej szalony. Mogłam iść na więcej (*wincyj) koncertów, mogłam częściej mówić "tak" na spontaniczne propozycje. Ale jest dobrze. Jest świetnie wręcz.
Jeżeli nie jesteś sam, to wiedz, że naprawdę jest dobrze.

I standardowo.

W styczniu przeżywałam swoją pierwszą sesję, zrobiłam pierwszy tort w życiu (ale za to jaki dobry, tiramisu, prawda Dominiko?) i zostałam starostą. To ostatnie zapoczątkowało lawinę. Wydarzeń oczywiście.

Dalej był  luty, który był intensywny (bo sesja), szalony (bo te udane wypady) i chillujący (bo Gliwice i Malff i w ogóle).

W marcu filozofowałam.O Boże, za co mnie pokarałeś naturą filozofa ? A i chyba zaczął się nowy semestr. A nie, to w lutym jeszcze.

A w kwietniu przeszłam totalną metamorfozę, która była milowym krokiem w wielu kwestiach. Był też kapitalny koncert.

Pisałam w maju. I to wiele.. Zaliczyłam pierwsze Juwenalia (chociaż tylko jeden koncert był interesujący), zaczęłam powolne poznawanie lżejszej muzyki a no i miałam te 20ste urodziny. Tragedia.

Czerwiec upłynął pod znakiem pisania, zaliczania chemii i sesyjnego dowcipu. A i zmiany pracy, jakże mogłabym zapomnieć o tym drobnym fakcie!

lipcu niańczyłam dzieciaki . I miałam okres Komaruu'owej alienacji.
No i pierwszy raz od kilku lat nie pojechałam do Starej Wsi.

Sierpień to był miesiąc jednej z największych prób w moim życiu. Ale przynajmniej nauczyłam się sprzątać po psach.  Pojechałam do Warszawy, a w międzyczasie praktykowałam ciąg dalszy alienacji.

We wrześniu przeżyłam niezwykle ironiczną "September campaign" .I pojechałam do mojego najukochańszego Wrocławia. Taki dobry czas z Malwiną i wybitnie dobrego chillu.

W październiku zaczęła się ta intensywniejsza część studiów, ta emanująca nauką i imprezami. I ja naprawdę nie narzekam. Było dobrze.

Listopadowa depresja doszła i do mnie. Potem dostałam zjazd od Mamy a potem zaczęłam się ogarniać.

Energia, zapiernicz i czerwone włosy. To symbole grudnia. A i oczywiście cienie pod oczami. I jedna z najbardziej niespodziewanych rzeczy w tym roku.


Naprawdę. Było dobrze.
Chociaż jakby mi ktoś powiedział, że dojdę do tego poziomu, że nie umiem wyjść z domu bez makijażu (jak to słowo strasznie brzmi!), że zrobię to co zrobiłam w tym roku i, że tacy a nie inni ludzie będą obok mnie, to bym wyśmiała.

Ale cieszy mnie to. Zwłaszcza to ostatnie.

A na ten rok życzę przede wszystkim tego, aby nie był gorszy od tego poprzedniego. I więcej wiary w to, że sami możemy coś zdziałać. I co by wszystkie plany wyszły a te postanowienia, które mamy poukładane w głowie były zrealizowane w 100%.

I sobie życzę sobie tego szaleństwa. Które jest, aby trwało, nawet jak najdłużej.

jest dobrze, bo umiemy żyć,a mogliśmy nie umieć nic!


1 komentarz:

  1. Tiramisu?!!! i ja się dopiero teraz dowiaduję?!!! :(
    Komarku, wszystkiego wspaniałego i szalonego w tym 2015r. (oczywiście wszystko w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu)! :*

    OdpowiedzUsuń