Lubię blogi, które mówią o motywacji, szukaniu inspiracji i pokazują co i jak warto robić. Stawiają nieraz bardzo trudne pytania (nie, nie jest to kryptoreklama), zmuszają do myślenia i do mobilizowania się do robienia wielu rzeczy.
Ale nie multi. Kończymy z multi w tym roku. Tzn. nic nie odbierze mi czerpania przyjemności z jednoczesnego picia ananasowego* Liptona, czytania Jodi Picoult bądź Robina Cooka i leżenia. A i jedzenia.
Ale w rzeczach wielkich nie chodzi o multi. Multi tylko rozprasza, sprawia, że mamy kilka rzeczy na raz otwartych, rozgrzebanych i sprawia, że nie umiemy skończyć czegoś, co może być naprawdę fajne, wartościowe i pożyteczne.
Nikt poza mną nie wie, ile wpisów nie powstało tutaj, bo właśnie byłam taka multi. Rozmawiałam jednocześnie z kilkoma osobami, robiłam notatki na uczelnię (swoją drogą nie lubię określenia "notatki", muszę znaleźć jakieś inne na to, co wtedy piszę), często też jadłam.
I mimo, że chciałabym, to często nie pamiętam, co to były za wpisy, co to były za rozmowy, albo co jadłam.
Głupie. Niepoprawne. NieKomaruu'owe.
Dość z byciem multi w tym roku. Chwilami się nie da. Chwilami, trzeba będzie przerywać różne rzeczy.
Ale bycie multi mnie męczy. I nie mówię tu, o elementarnych czynnościach. Najlepsze ciasta będą powstawać tylko wtedy, gdy będę śpiewała z całych sił z radiem WAWA.
Dlatego też bardzo ładnie proszę o wybaczenie Marcysię. Wiem, że nagle zniknęłam w trakcie rozmowy, ale sama mnie poniekąd zainspirowałaś do napisania tego. Bo nie zmusiłaś, ja sama wyrwałam się z hangouta i resztkami sił pisałam.
_______________________________________________________________________________
A teraz chcę wspomnieć o rzeczy związanej z tytułem.
W tym roku zrealizowałam tylko 2 postanowienia (tak w stu procentach, jedno nawet w stu pięćdziesięciu) na 11. A częściowo 5. Słabiutki wynik.
Nie stawiałam sobie celów na miarę moich możliwości. Na kij ja stwierdziłam, że zdam matmę w pierwszym terminie, skoro byłam zbyt leniwa, by robić zadania domowe na bieżąco? Ale twardo wmawiałam sobie, że to zrobię.
Czemu nie kupiłam sobie laptopa? Bo nie ustaliłam konkretnego terminu. Czemu nie poszłam na tyle koncertów? Bo się nie zawzięłam na tyle, aby się przełamać by iść samej? Chociażby na listopadowe Eluveitie i Arkonę?
Zupełnie inaczej patrzy się na listę tego wszystkiego z napisanymi datami. Może nie co do dnia i godziny, ale cel pt. "kupię sobie laptopa do urodzin" brzmi i wygląda zupełnie inaczej niż "kupię sobie laptopa".
To jest inny rodzaj motywacji.
Tak samo jak to, że chcę robić regularnie badania krwi pod kątem tarczycy. Nieważne są koszta. Już nie mówiąc o strachu przed igłami ("jeżeli Pani nie wie, gdzie wbić igłę, to ja mogę pokazać Pani taką żyłę, fajna jest, bo ładnie z niej leci krew, na drugiej ręce też mam taką, a nawet dwie" . tak, jestem chora psychicznie w tym aspekcie). Ważne, że już wiem, że w okolicach 15 (tzn. w przedziale 14-17) dnia każdego miesiąca będę sobie spacerować do laboratorium. I, że będę pokazywać te fajne żyły.
I nawet o wiele lżej się patrzy na to wszystko, kiedy się widzi, że ma się konkretne plany. Że to się tak nie rozmywa.
Ogólniki są fajne. Ale nie pod względem najważniejszych rzeczy w naszym życiu. W sumie pod względem każdej rzeczy.
O wiele przyjemniej wygląda napisane postanowienie pt. "kupię sobie białą/ecru sukienkę, bo chcę w końcu porządnie wyglądać na święta Wielkanocne" niż to, że "kupię sobie białą kieckę i to nie na swój ślub".
A i chciałabym mocno pozdrowić Lidkę z tego miejsca- rozwijamy gust muzyczny, rozwijamy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz