wtorek, 25 listopada 2014

harakiri

Z jednej strony chcę zapewnić stabilność sobie i ludziom. Zawsze byłam twarda, zawsze byłam w pewien sposób opoką dla innych. Nie mogłam, nie chciałam i nie umiałam inaczej.

A teraz.
A teraz zastanawiam się nad tym, jak mogę być dla kogoś jakimkolwiek wsparciem, gdy sama przebywam w swoim własnym, sinusoidalnym świecie, gdzie emocje i nagłe zrywy potrafią z chwili na chwilę zburzyć jakiekolwiek podstawy, jakąkolwiek pewność odnośnie jutra.

Nigdy nie można być niczego pewnym, ani siebie, ani jakichkolwiek myśli. Nigdy nie będziemy w stanie przewidzieć wszystkiego do końca. Kontrola czegokolwiek to naprawdę złudne wyobrażenie tego, że panuje się nad sytuacją; nigdy nie będziemy w stanie przewidzieć czegoś w stu procentach.

Wydaje Ci się, że stąpasz po pewnym gruncie, że nikt nie chce z Tobą walczyć, dopóki nie zobaczysz przyjaciela wychodzącego zza rogu., który w pochwie trzyma katanę, którą chce Cię pokonać, która ma Ci pomóc w wykonaniu rytualnego harakiri. Ów człowiek nie pomoże Ci, wręcz pomoże Ci się odrzeć z godności, aby tradycji stało się zadość, aby żadna część tego tradycyjnego sposobu samobójstwa nie została pominięta.


_________________________________________________________________________________

Nie leży mi  nic.
Mam ochotę zawinąć się pod kołdrą i mieć w nosie wszystko.
Listopad jest beznadziejny jak zawsze.

Chwilami żałuję, że nie mogę sobie pozwolić na jawne piżamowe szaleństwo. Że ciągle coś.

Nie umiem już prosić o pomoc. Jest mi wstyd, że jej znowu potrzebuję.
Bo niby nie jest źle. No ale jednak jest.

Nie mówiąc już o absurdalnych wymaganiach co samej siebie.
I o bólu, który przeszywa moje ciało, gdy o nich myślę.

I nie, to nie jest tak, że nic nie robię.
Ja nie mam ochoty robić tego ze śpiewem na ustach. I z niczym.
Pusta muszla i te klimaty.

I'm not myself, I'm a replica of me...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz