wtorek, 11 listopada 2014

bez tytułu

Ludzie są przezabawni.
Wszyscy jesteśmy hipokrytami, którzy zachorowali na chorobę tych czasów. W mniejszym, lub większym stopniu, ale zachorowali.
Nawet moja mama mi to dzisiaj powiedziała, jak stałyśmy rytualnie na balkonie, Ona paliła papierosa, a ja trzęsłam się z zimna w letniej sukience.

Nie umiemy być spontaniczni, nie umiemy już wielu rzeczy, które kiedyś były normalne. Brakowało mi rozmowy z Mamą, a dzisiaj rano nadrobiłyśmy sporo zaległości. I opowiedziała mi krótką historię- kiedyś padało hasło, że spotykają się na rogu, pod kinem czy z prawej strony kiosku.
I się spotykali.
Nie szukali miliona wymówek, że muszą coś zrobić. Potrafili na tyle ogarnąć się w tej rzeczywistości, że mieli czas na wszystko. A nie wiem czy mi uwierzycie, ale kiedyś szkoła nie opierała się na gotowcach i tablicach wzorów, tylko na czymś innym (błogosławię to, że moi rodzice są nieco starsi i wbrew pozorom jest mi z tym naprawdę dobrze).

Umieli wyjść, umieli się zorganizować i nie zawsze musieli kończyć spruci jak szmaty.
Oni po prostu rozmawiali.
I cieszyli się swoim towarzystwem. Czasem nie trzeba mówić, aby cieszyć się z obecności drugiego człowieka.
Czasem wystarczy siedzieć i chociażby jeść. Na przykład kubełek hot wingsów na pół.
Albo milczeć. Milczenie to złoto. Milczenie to rozumienie drugiego człowieka bez słów.  To dobre milczenie, to zaczynanie zdania gestem jednej osoby, a kończenie go wyrazem twarzy drugiej. Albo na odwrót, zależnie od tego, jak układa się ten dialog.

Ostatnio jestem przepełniona frustracją w stosunku do świata. Do rzeczywistości, która mnie otacza. Do tego, że niemalże ciągle muszę grać i udawać. Do tego, że niewiele rzeczy ostatnio sprawia mi dużo radości. I naprawdę, nikt nie dał mi prawa do narzekania.
Ale jestem przepełniona tymi złymi myślami, tymi niepoprawnymi emocjami, ilością gniewu i frustracji, które się we mnie urodziło.
Bo widzę coraz ostrzej rzeczy, które wcale mi się nie podobają. Zawsze byłam pełna wiary w stosunku do świata, do ludzi, do wszystkiego. Do ludzi zwłaszcza. A ostatnio tę wiarę coraz więcej rzeczy rozkrada i zaczynam już wątpić w pewne mechanizmy.

Nie chcę stracić tę wiary. Chcę ją odzyskać.

Wyłączam myślenie powoli. Jeżeli są we mnie jakieś kruchości, jakieś niestabilne miejsca, to nikt nie musi o tym wiedzieć. W sumie i tak nikogo to nie interesuje tak naprawdę.

Ważne, że Mama to widzi. I, że w porę umie powstrzymać mnie od tego, abym nie straciła równowagi. A przynajmniej próbuje.
I byłabym bardzo niesprawiedliwa, jeżeli powiedziałabym, że Kociu ma to w nosie. Chociaż po wzmiance o hot wingsach powinnaś zauważyć, że doceniam ostatni czas.

I chciałabym podziękować sobie samej za jedną rzecz. Za posprzątanie tego syfu, który kisił mnie, przez ostatnie kilka lat. Brawo Komar!

I’m the one who had to learn to build a heart made of armor


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz