Miałam jakiś czas temu sytuację. Sytuację, niemalże analogiczną do tej, w której tkwiłam co jakiś czas w przeciągu paru ostatnich lat. Była jednak subtelna różnica, między tymi epizodami.
W tym paroletnim ja i ta druga osoba przyznawaliśmy się do tej sytuacji. W tej jednej jedynej, ta druga strona nie umiała się przyznać. Po prostu stchórzyła.
Nie cierpię tego, gdy zachowuję się jak tchórz. Nie umiem zdzierżyć samej siebie, gdy uciekam od problemów, gdy podtruwam się szlugami (a brr, szczyt głupoty w moim wykonaniu) czy zaciskam paznokcie na rękach do bólu, prawie do krwi i do ich połamania. A jeżeli nie umiem tego znieść u samej siebie, to tym bardziej nie umiem tego znieść u drugiego człowieka.
Odwaga to m.in. umiejętność przyznania się do błędów i wzięcie odpowiedzialności za to, co się zrobiło. Czasem z podkulonym ogonem a czasem z podniesionym czołem, ale jednak.
Odwaga, to pokazanie światu kim tak naprawdę się jest.
Odwaga, to przyznawanie się do siebie- tak, jestem Asia i nie jestem idealna, ale robię co mogę, aby być bliżej tego, co jest dla mnie jak najlepsze.
O odwadze mogłabym napisać cały post (myślę, że to nie jest głupi pomysł).
Wracając do tchórzostwa.
Smuci mnie fakt, że tak łatwo można obarczyć winą wszystko, ale nie siebie. Uciekłam, bo bałam się konsekwencji (jakie to proste wytłumaczenie, no jaa!) i tego, co może się wydarzyć post factum.
Łatwo jest uciec. Udawać, że mnie to nie dotyczy, że zachowywałem/am się jak nie ja. Że okej, mogłam mieć z tym jakąś styczność, ale tak nie do końca, że to dzieje się, ale gdzieś obok mnie, jak najdalej itp.
Łatwo jest stchórzyć. Tchórzostwo to wg mnie forma obrony, forma maski. Łatwiej się nam wycofać, niż wziąć odpowiedzialność za to, co się oswoiło (jak to było w jednej z najbardziej życiowych lektur szkolnych).
Bo jak się wycofam, to nikt nie zobaczy tego, co naprawdę we mnie siedzi. Przecież to takie komfortowe.
Najgorzej jest, gdy dochodzi do tego stres. Mi znowu się trzęsą łapy jak myślę o jutrze (mój najukochańszy mózgu, nie stwórz jutro nowej matematyki w postaci minus*minus=minus czy czegoś podobnego, wiem, żeś kreatywny, ale tym razem zlituj się nade mną). I znowu mam ochotę wmówić sobie, że sobie nie poradzę, że jestem głupia, że po co idę, lepiej pójść po raz nty do doktora i świecić oczami w imieniu grupy o kolejny termin (Panie daj mi siłę do tego, bo czasem często idzie zwariować, gdy robi to się milionowotysięczny raz).
Ale nie. Nie będę uciekać. Nie chcę być tchórzem.
I tu dochodzimy do momentu, gdy wmawiamy sobie, że jesteśmy beznadziejni/głupi/niedouczeni/tacy a owacy i dlatego się wycofujemy i uciekamy.
Baw się dobrze, gadając do siebie takie bzdury. Może w nie uwierzysz i przez to stracisz w życiu wiele fantastycznych chwil, momentów i generalnie wszystkiego.
W poniedziałek powiedzmy, że przeszłam małą dużą metamorfozę. I gdyby nie moja Siostra, która dosłownie nie pozwoliła mi się wycofać, nie czułabym się teraz o wiele lepiej a moje malinowe włosy nie robiłyby takiej furory.
Czasem ciężko jest nie stchórzyć. Ale może jednak nie warto chować się za bezpieczną spódnicą mamy, bo poza nią też czekają na nas fantastyczne rzeczy? ;)
don't look back
nie sądziłam, że to akurat ten zespół będzie mnie dzisiaj uspokajał i wyciszał, no ale.. :)
malinowe włosy?! o.O
OdpowiedzUsuńzdjęcie na fb proszę! ;D
Musimy się w końcu spotkać !!! ;*
OdpowiedzUsuńa co do wpisu to bardzo adekwatne poczynania w XXI- wieku... ucieczka może stać się gorszym rozwiązaniem niż próba walki ze swoimi słabościami :)