poniedziałek, 9 lutego 2015

dziękuję.

Przez ostatni miesiąc mogłam wykazać się literacko tylko pisząc jakieś dziwne, śmieszne podania do sponsorów Reakcji. Nie wysłałam ich jeszcze, ale to nie jest istotne, moja poczta zutowska musi być włączona na moim haśle a nie na samorządu, mimo, że to takie fajne, takie prawie elitarne mieć hasło do poczty Samorządu mojego ukochanego Wydziału. 

Pisałam również bajki o polimerach, o tym, jak się sieciuje różne rodzaje żywic, tworzyłam niestworzone historie na temat przetwórstwa i zastosowania kwasu tereftalowego czy też polistyrenu. Po czym okazało się, że te bajki to nie były bajki, to były rzeczy, które tak naprawdę mają miejsce w rzeczywistym świecie,
I nawet odkryłam to, że można mieć wstręt do danego przedmiotu a potem skończyć z oceną 4,5 na koniec z niego. Średnia ocen z III semestru, u największej hejterki polimerów na swoim roku, podwyższona właśnie przez polimery  żywice, no kto by pomyślał!

Tworzyłam również niesamowite rysunki ogniw paliwowych, wymyślałam swoje podstawy elektrotechniki oraz zrozumiałam, że przy odrobinie myślenia da się zaliczyć wszystko, trzeba mieć tylko otwarty umysł. Mój ulubiony pan Doktor ze Studium Matematyki byłby ze mnie taki dumny, gdyby zobaczył rozwiązane, bez uprzedniego przygotowania, równania różniczkowe,  po pół roku od egzaminu.

Stałam się mistrzem memów, którymi tak łatwo manipuluję opisując co ważniejsze, co śmieszniejsze i co dziwniejsze sytuacje zaistniałe na roku, wśród mojej kochanej Drużyny Pierścienia czy wokół tego staropolitechnikowskiego bałaganu.

Stałam się po raz kolejny wolnym człowiekiem, wolnym od tych paskudnych demonów przeszłości, które tak bardzo lubią się wkradać i mieszać nam w głowach. Przebaczyłam, odpuściłam i nie wracam myślami do pewnych tematów. Jeszcze nie na 100% ale myślę, że w tej materii na spokojnie osiągnęłam wynik ok. 85%. I to jest jeden z tych wielkich sukcesów stycznia, to jest jedna z tych rzeczy, z których mogę być dumna.

Spędziłam wiele godzin na nauce, szukając wielu rzeczy, które były mi potrzebne na teraz, poprawiając przecinki, w projekcie, który przecież był dobry, któremu niewiele brakowało do ideału (no poza bilansem cieplnym, ale dynamiki sylabusa się nie oszuka i to następny semestr spędzimy z kalkulatorem w ręku i przeliczając te wszystkie dane).

Wiele czasu przeznaczyłam na rozmowy z ludźmi dobrej woli, po raz kolejny przekonałam się co to znaczy hasło "przyjaźń" i "dobre kumpele z roku". Nie ma rzeczy niemożliwych, najbliżsi nie będą od Ciebie wymagać od Ciebie nie wiadomo jak intensywnej pomocy przy przeskakiwaniu swoich przeszkód, Oni wiedzą, że zawsze rzucisz wszystko i im pomożesz, chociażby mentalnie, chociażby pisząc głupie wiadomości czy wysyłając bardzo szalone selfie.

Zobaczyłam też, że warto przyjmować pomoc od innych, że mimo poczucia, że "jest mi głupio prosić Cię o to, wiem, że masz ciekawsze rzeczy do zrobienia itp", nie każdy człowiek będzie miał poczucie straconego czasu, jeżeli Ty też jesteś bezinteresowna to uświadom sobie, że inni też potrafią. Że inni też potrafią dać coś z siebie nie oczekując nic w zamian. I nie zawsze są to to tylko najbliżsi ludzie, często to są  (nie)zwykli koledzy czy też ludzie z pracy. Dzięki tym małym odciskom, które Oni robią w naszym życiu, możemy zmieniać coś na lepsze, możemy wypływać na szersze wody i stawiać czoła ku coraz ciekawszym i bardziej intensywnym wyzwaniom.
Dzięki temu ja sama mogę wejść do projektu naukowego, niby nic, niby nie ma czym się chwalić, ale jestem niezwykle poruszona tym, że mogę zacząć robić coś, co jeszcze jakiś czas temu wydawało mi się to niemożliwe. Sama w głowie stworzyłam te wcześniejsze ograniczenia, sama teraz je z niej wyrzucam.

Skupiłam się na przeżywaniu pewnych rzeczy, na tym, żeby łapać te ulotne chwile, nawet takie jak wyzwania, które rzucam sobie w gronie Drużyny, czy też smak kokosowych cygaretek zapalonych tuż przed koncertem Indios Bravos, już nie mówiąc o tym, że z pewnego lokalu n Wielkopolskiej nigdy nie umiem wyjść i jestem gnana do domu tylko przeczuciem, że muszę iść bo na Śródmieściu można być tak łatwo okradzionym czy też porzuconym w krzaki. 
Chociaż sama tego nigdy nie doświadczyłam, większość życia mam niesamowitego farta w tej materii, dlatego nigdy nie boję się o nasze torby rzucone gdzieś w klubie, bo wiem, że i tak je odnajdę.

Wczoraj po raz kolejny w życiu doświadczyłam Magisu. Po raz pierwszy nowego Magisu, tego po moim odejściu. To cudowne uczucie, gdy ktoś słuchał tego, co mam do powiedzenia.

Byłam w końcu na koncercie Indios Bravos. Nigdy w życiu nie przeżyłam takiego koncertu, takiego ogromu pozytywnej energii, która była wręcz namacalna w lekkiej duchocie Słowianina. Nikt nie odbierze mi tego niemalże katharsis, które panterkowa koszula Gutka tylko wzmocniła i pozwoliła jeszcze mocniej to poczuć.


I jak ja mam nie być wdzięczna?
Czemu tak rzadko dziękujemy?

Ja za ten czas jestem ogromnie wdzięczna. I okej,dalej nie mam tego mocnego ramienia, na którym mogę się wesprzeć, dalej mam takie przeciętne wyniki tarczycowe. Ale i tak mam za co dziękować. Bo to wszystko się samo nie przeżyło i nikt inny nie napisał tego postu za mnie.




2 komentarze: