środa, 1 października 2014

orzech.

Chciałabym, aby mój przyszły luby tak cieszył się na mój widok, jak mój ulubiony doktor matematyki, gdy tylko weszłam w jego progi dzisiejszego, absorbującego dnia. I aby miał taki uśmiech jak dr Kalifornia.

Szukam tych ramion. Idę mając nadzieję, że prędzej czy później spotkam te, do których pasuję idealnie.
Zwiewne sukienki i obcasy płynnie przechodzą w powyciągane swetry i glany. I krążą, wymieniając się między sobą dodatkami.

Pewne granice dążą ku nieskończoności. Nie ma momentów pustki, są momenty, które znajdują się w pobliżu zera, w pobliżu tych wszystkich dni pełnych smutku i jakże chwilowej rozpaczy, która mnie przesyca bez ani chwili oddechu. Te zera przy, których wypłakuję się, kiedy nerwy mi puszczają są ostatnio krótkie i intensywne. Wierzę w tych dobrych ludzi, dostaję naprawdę niesamowite relacje, ale ciągle mi ich mało.

Ciągle jestem głodna tego wszystkiego. To taki odruch, nad którym my ludzie nie umiemy zapanować.

Ja naprawdę dostaję dużo dobra.  Chwilami mam wrażenie, że na nie nie zasługuję.
Chociaż to może ta namiastka normalności. Namiastka tego, co niektórzy nazywają życiem.
Z jednej strony pluję sobie w brodę, że nie doceniam tego, że wciąż mi nie wycięli tarczycy, że mam naprawdę wspaniałych Przyjaciół (pisanych caps lockiem w sumie), których kocham nad życie (i wierzę, że z wzajemnością) i kilkoro znajomych, z którymi zawsze mogę iść na koncert, spacer czy po prostu popróbować jakieś eksperymentalne drinki (czekam na pewien przelew na konto i nasze małe duże plany odnośnie miksu Karmi z czystą). Ja naprawdę nie mam w życiu źle.
Zły dzień nie oznacza złego życia. Mamy tendencję do zapominania o tym.

Jednym z najwspanialszych uczuć, przez, które wczoraj płakałam jeszcze intensywniej, to była ta świadomość, ze w sumie, zawsze mam komu zalać łzami sweter.
I fakt, że zawsze wracam zasłodzona- "bo cukru sypie się od serca. kakao też się sypie od serca".

Na mojej tablicy wiszą zdjęcia. Z paroma naprawdę wspaniałymi ludźmi. Jedno znajduje się tam już od kilku lat.
Jacek Kaczmarski zanuciłby tutaj, że z tej mąki nie będzie już chleba i, że z tej męki nie będzie już ksiąg. Smuci mnie to.
Ale ja nie będę się zmieniać pod czyjeś dyktando. Nie będę się prosiła o namiastkę koleżeństwa z ludźmi, których nie interesuję jako człowiek i nie jestem w jakimś tam stopniu ważna.

Orzechowe chemoccino w minimalny sposób mnie rozgrzewa.
Jeszcze tylko odrobina i idę, aby łóżkowe potwory i senne zawirowania mnie pochłonęły i zmusiły do stuprocentowej koncentracji nad nimi.

Jutro jest nowy dzień. Nie mam ambicji po raz kolejny zmarnować dnia.

Nie wiem jak pogodzę to wszystko. Nie wiem. Wierzę, że uda mi się to prędzej czy później ogarnąć na ponad 100%/.
Czekam z utęsknieniem na chwilę. Chwilę tylko dla siebie.
A jednocześnie tak boję się tych kradzionych chwil, podczas, których zajmuję się tylko sobą.
Paradoks.

But we're never gonna survive, unless. We get a little crazy

1 komentarz:

  1. "Idę mając nadzieję, że prędzej czy później spotkam te [ramiona], do których pasuję idealnie" - jakie to prawdziwe! ale je znajdziemy, na pewno! :)

    OdpowiedzUsuń